Miranda
09-02-2010, 00:39
Na Pucharze Ukrainy kilka z nas miało okazję zetknąć się osobiście i zachwycić wyjątkową osobą, jaką jest Elena Ramazanowa. Postanowiłam więc przetłumaczyć te dwa wywiady, aby przybliżyć i Wam postać tej niesamowitej tancerki, instruktorki i choreografki.
http://cs4163.vkontakte.ru/u2180646/57387235/x_7f5e9fe3.jpg
PRAWDZIWA MIŁOŚĆ ELENY RAMAZANOWEJ
Czy to prawda, że koryfeusz rosyjskiego belly dance, znakomity choreograf i prezes Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego, Elena Ramazanowa, nie ma dyplomu z choreografii?
E.R.: Musiałam zgłębiać tajniki tańca w praktyce. Urodziłam się w Norylsku i tam ukończyłam 10-klasową szkołę. Od wczesnego dzieciństwa zajmowałam się gimnastyką i choreografią w dziecięcym zespole. Miałam wielkie marzenie żeby zostać aktorką i grałam charakterystyczne i taneczne role w dziecięcym teatrzyku. Na regionalnym przeglądzie talentów zdobyłam dyplom pierwszego stopnia i postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Początkowo wszystko szło dobrze, przeszłam do trzeciego etapu rekrutacji do szkoły teatralnej w Leningradzie. Egzaminowała mnie aktorka Larysa Iwanowna Malewannaja. Ale kiedy komisja stanęła przed dylematem, czy wybrać mnie, czy inną dziewczynę z tą samą liczbą punktów - to nie mnie wybrała (i z tym się zgadzam). Zmartwiłam się i wyjechałam do Moskwy, przygotowywać się do kolejnego podejścia w następnym roku. Żeby dostać miejsce w akademiku wstąpiłam do zawodówki budowlanej. W następnym roku znów zdawałam, znów doszłam do trzeciego etapu i znów mi się nie udało...
Z tańca nie mogłam zrezygnować – tańczyłam od dziecka. Moją największą miłością były tańce indyjskie z filmów. Po 20 razy chodziłam do kina na każdy indyjski film, nagrywałam muzykę na magnetofon i w domu uczyłam się tańców. Sama szyłam sobie stroje i występowałam wszędzie z tańcami w stylu Bollywood. Ojciec zaraził mnie pasją fotografowania i zamiast tapet w moim pokoju wisiały zdjęcia indyjskich gwiazd.
W Moskwie wyszłam za mąż i zaczęłam tańczyć w zespole przyjaciela mojego męża – choreografa Wasilija Szwarina. Po pewnym czasie powstała u nas grupa trzech dziewcząt – same wymyślałyśmy sobie choreografie, szyłyśmy kostiumy i tańczyłyśmy w nocnych klubach i restauracjach. Tak się złożyło, że mam wyjątkową pamięć choreograficzną i momentalnie chwytam manierę tańca i leksykę. To pomagało mi w tworzeniu zupełnie odmiennych choreografii – od kabaretu po folklor.
Eleno, osiągnęła Pani bardzo dużo w swoim zawodzie: ma Pani własny styl, wspaniałą energetykę i fantazję. Tworzy Pani bardzo trudne i ciekawe układy. Ale przecież nie od razu doszła Pani do tańca arabskiego. Jak to się stało, że związała Pani swoje życie z belly dance?
Nasz moskiewski zespół został po raz drugi zaproszony na kontrakt do Bułgarii, ale przez biurokrację musieliśmy długo czekać na pozwolenie i akurat przypadkowo trafił nam się kontrakt do Kairu. Pierwsze wrażenie z Egiptu było lekko przerażające – całkowity brak cywilizacji w moim rozumieniu, brudne ulice Kairu, dziwni ludzie, ale po przyjeździe do hotelu „Ramada” kamień spadł nam z serca. Jeszcze nie widzieliśmy takiego wspaniałego pięciogwiazdkowego hotelu! Wszystko było na najwyższym poziomie! Nasz zespół spędził na kontrakcie kilka miesięcy. Mieliśmy w repertuarze tańce ludowe (cygańskie, rosyjskie, hiszpańskie) i numery z nowoczesną choreografią w stylu kabaretowym.
Nasz kolejny kontrakt był w Aleksandrii. W wolnym czasie chodziłam oglądać występy „bellydancerki” z Maroka, występującej z wtedy jeszcze początkującym piosenkarzem Mustafą Omarem. Bardzo mnie zachwycił belly dance w jej wykonaniu i kupiłam od niej dwa profesjonalne kostiumy za zawrotną, jak na tamte czasy, sumę. Zaczęłam samodzielnie ćwiczyć i po powrocie do Moskwy najęłam się do restauracji „Al Sham”. Cała ta historia przypominała trochę anegdotę o studencie, który w ciągu jednej nocy nauczył się chińskiego. Taniec arabski tylko na pierwszy rzut oka jest nietrudny – w rzeczywistości zgłębiać jego subtelności i niuanse można przez całe życie.
Tak zaczęła się moja kariera tancerki belly dance. Tańczyłam w moskiewskich restauracjach „Al Sham”, „Ashar”, „1000 i 1 noc”. Przez pewien czas tańczyłam też z zespołem, nie tylko solowe tańce arabskie, ale i ludowe. A potem nasz zespół został zaproszony do hotelu „Shepard” w Kairze, i stamtąd wyjechałam już na swój pierwszy profesjonalny kontrakt – tańczyć belly dance w Emiratach Arabskich, w hotelu „Al-a-Inn Hilton”.
Wiele tancerek woli wspominać w wywiadach tylko o pięciogwiazdkowych hotelach, tak jakby praca w innych była jakimś piętnem na karierze...
Mogę powiedzieć o sobie. Dużo pracowałam w pięciogwiazdkowych klubach przyhotelowych, ale zdarzało mi się pracować i w zwykłych klubach. Nie miejsce świadczy o człowieku. Żaden pięciogwiazdkowy klub nie da takiego doświadczenia, jak arabska restauracja czy klub, gdzie przychodzą prości ludzie. Praca w trzygwiazdkowym klubie (tzn. w klubie niekoniecznie przy hotelu), jest dla tancerki bardzo pożyteczna. Tam można się nauczyć tego, co w Rosji nazywa się „arabizmem”. Publiczność jest tam, oczywiście, prostsza, ale i żywiej reaguje na każdy gest i ruch tancerki. Można tam zdobyć bezcenne doświadczenie i nawyki pracy z salą.
Jak się dalej ułożyła pani kariera tancerki?
Pracowałam w wielu restauracjach na Piramide street. Miałam własną orkiestrę i śpiewaka. Pokochałam Egipt (i nie tylko) całym sercem i zawsze po licznych kontraktach w Syrii, Libanie, Jordanii, Bahrajnie, Emiratach i Omanie wracałam do Kairu. Oprócz występów w klubach zapraszano mnie również jako modelkę na pokazy mody, brałam udział w fashion-show i jako tańcząca modelka. Występowałam w wielu reklamach, a także w klipach Hishama Abbasa, Mohammeda Fouada i Vardy.
Miałam bardzo dobrą orkiestrę. To była nie tylko grupa muzyków, ale i moi bracia. W Moskwie bardzo mi brakuje właśnie tego. Występ do orkiestry – to wyjątkowe doznanie. Razem z zespołem występowaliśmy na weselach w pięciogwiazdkowych hotelach - „Sheraton”, „Semiramis”, „Mena House”.
Naprawdę wszystko było takie łatwe i proste? Ani jednej łyżki dziegciu?
Minęło już kilka lat odkąd opuściłam Egipt i przeprowadziłam się do Rosji, i o wszystkich nieprzyjemnościach zapomniałam. Ale jeden wypadek dobrze pamiętam. Dosłownie prosto ze sceny zabrała mnie policja i spędziłam 4 godziny w egipskim więzieniu. Chodziło o mój strój, chociaż była to sukienka, kupiona od Kati Eshty, w której ona wiele razy występowała w Kairze. Mimo że sama zaszyłam wiele rozcięć na sukience, przyczepili się do tego, że zgodnie z przepisami rozcięcie nie powinno sięgać powyżej kolana (w mojej sukience sięgało dosłownie kilka centymetrów wyżej). Nie wykluczam, że w ten sposób próbowano się mnie pozbyć, bo byłam silną konkurencją. Ale wszystko skończyło się dobrze, moje dokumenty na pracę były w zupełnym porządku, mój menadżer mnie uwolnił, tylko sukienki było mi szkoda. Już mi jej nie oddali – spalili ją.
A zdarzały się śmieszne sytuacje?
Pewnego razu podczas występu słyszę, że ktoś z sali krzyczy moje imię - „Liina, Liina!” (to był mój pseudonim sceniczny). Człowiek wymachiwał rękami i wołał mnie. Kiedy do niego podeszłam, uradowany rzucił się do mnie ze słowami: „Lina, to przecież ja! Ja! Kucharz z Al Shamu!” Był po prostu niewypowiedzianie szczęśliwy, że spotkał mnie w Kairze.
Pamiętam jeszcze jedną zabawną sytuację. Pewnego razu tańczę w nocnym klubie, a klientów prawie nie ma. To znaczy są, ale jeden już dosłownie roztopił się jak świeczka od gorąca i alkoholu, a przed drugim na stoliku stoi tylko woda mineralna, i sądząc po nieciekawych dżinsach - nie jest bogaty. Zgodnie z zasadami powinnam pracować, póki nie przyjdzie następny artysta i mnie nie zmieni, ale jakoś się spóźniał, więc tańczyłam już dwie godziny zamiast 45 minut. Byłam śmiertelnie zmęczona... „Sawah” grali już ze 30 minut, więc dałam znak orkiestrze, żeby przeszła do finałowego punktu... orkiestra umilkła... I nagle posypał się na mnie deszcz grubych banknotów – ponad trzy tysiące funtów... Mówię orkiestrze: „Yalla ya gama” (dalej, chłopaki) i od refrenu dalej zaczynamy „Sawah”... Okazało się, że klient specjalnie czekał na koniec programu, żeby podziękować, a my znowu „Sawah”...
Co było przyczyną powrotu do Rosji? Przecież niektóre pani koleżanki mieszkają i pracują za granicą.
Tak wyszło, że w 2002 roku, po kolejnym kontrakcie, miałam w ręku sporą sumę pieniędzy i pomyślałam, że nadszedł czas postarać się o własny dom dla moich dzieci. Bardzo kocham Egipt, ale nie widziałam w tym kraju przyszłości dla swoich dzieci. Chciałam, żeby chodziły do rosyjskiej szkoły, żeby miały kontakt z babcią i krewnymi. Nie powiem, że ta decyzja była łatwa, ale cieszę się, że wróciłam do Rosji. Trudno było się przyzwyczaić do nowego życia. Na początku byłam bezużyteczna – mój egipski styl był zbyt specyficzny. Chciałabym podziękować Marii Samochodkinej i Samirze, które w tamtym momencie mnie odnalazły i pomogły mi się zaadaptować w nowej sytuacji. Życie weszło na właściwe tory, znalazłam nowych przyjaciół i pokrewne dusze. Natalia Kuzmina zdopingowała mnie do stworzenia Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego, „urodziłam” z pomocą przyjaciół „Czarodziejską Lampę” (show-projekt prezentacyjny Ligi – przyp. tłum.)... W planach Ligi jest przeprowadzanie rankingowych konkursów w całej Rosji. Rosyjski belly dance jest teraz na szczycie: zwycięstwo Iriny Popowej w Berlinie, na festiwalu tańca orientalnego, zwycięstwo Soni Sarkisjan na festiwalu Amani w Libanie, zaproszenie mnie i Aidy Hassan przez Raqię Hassan na swój festiwal jako pedagogów – to jest potwierdzenie wysokiego poziomu rozwoju belly dance w Rosji... A jeszcze dużo przed nami!!!
2006
Tłumaczenie: Miranda
Tekst oryginału:http://bellydance-liga.ru/articles/16-nastoyashhaya-lyubov-eleny-ramazanovoj.html
http://s.foto.radikal.ru/0706/72/95c15279b2d9.jpg
http://cs4163.vkontakte.ru/u2180646/57387235/x_7f5e9fe3.jpg
PRAWDZIWA MIŁOŚĆ ELENY RAMAZANOWEJ
Czy to prawda, że koryfeusz rosyjskiego belly dance, znakomity choreograf i prezes Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego, Elena Ramazanowa, nie ma dyplomu z choreografii?
E.R.: Musiałam zgłębiać tajniki tańca w praktyce. Urodziłam się w Norylsku i tam ukończyłam 10-klasową szkołę. Od wczesnego dzieciństwa zajmowałam się gimnastyką i choreografią w dziecięcym zespole. Miałam wielkie marzenie żeby zostać aktorką i grałam charakterystyczne i taneczne role w dziecięcym teatrzyku. Na regionalnym przeglądzie talentów zdobyłam dyplom pierwszego stopnia i postanowiłam zdawać do szkoły teatralnej. Początkowo wszystko szło dobrze, przeszłam do trzeciego etapu rekrutacji do szkoły teatralnej w Leningradzie. Egzaminowała mnie aktorka Larysa Iwanowna Malewannaja. Ale kiedy komisja stanęła przed dylematem, czy wybrać mnie, czy inną dziewczynę z tą samą liczbą punktów - to nie mnie wybrała (i z tym się zgadzam). Zmartwiłam się i wyjechałam do Moskwy, przygotowywać się do kolejnego podejścia w następnym roku. Żeby dostać miejsce w akademiku wstąpiłam do zawodówki budowlanej. W następnym roku znów zdawałam, znów doszłam do trzeciego etapu i znów mi się nie udało...
Z tańca nie mogłam zrezygnować – tańczyłam od dziecka. Moją największą miłością były tańce indyjskie z filmów. Po 20 razy chodziłam do kina na każdy indyjski film, nagrywałam muzykę na magnetofon i w domu uczyłam się tańców. Sama szyłam sobie stroje i występowałam wszędzie z tańcami w stylu Bollywood. Ojciec zaraził mnie pasją fotografowania i zamiast tapet w moim pokoju wisiały zdjęcia indyjskich gwiazd.
W Moskwie wyszłam za mąż i zaczęłam tańczyć w zespole przyjaciela mojego męża – choreografa Wasilija Szwarina. Po pewnym czasie powstała u nas grupa trzech dziewcząt – same wymyślałyśmy sobie choreografie, szyłyśmy kostiumy i tańczyłyśmy w nocnych klubach i restauracjach. Tak się złożyło, że mam wyjątkową pamięć choreograficzną i momentalnie chwytam manierę tańca i leksykę. To pomagało mi w tworzeniu zupełnie odmiennych choreografii – od kabaretu po folklor.
Eleno, osiągnęła Pani bardzo dużo w swoim zawodzie: ma Pani własny styl, wspaniałą energetykę i fantazję. Tworzy Pani bardzo trudne i ciekawe układy. Ale przecież nie od razu doszła Pani do tańca arabskiego. Jak to się stało, że związała Pani swoje życie z belly dance?
Nasz moskiewski zespół został po raz drugi zaproszony na kontrakt do Bułgarii, ale przez biurokrację musieliśmy długo czekać na pozwolenie i akurat przypadkowo trafił nam się kontrakt do Kairu. Pierwsze wrażenie z Egiptu było lekko przerażające – całkowity brak cywilizacji w moim rozumieniu, brudne ulice Kairu, dziwni ludzie, ale po przyjeździe do hotelu „Ramada” kamień spadł nam z serca. Jeszcze nie widzieliśmy takiego wspaniałego pięciogwiazdkowego hotelu! Wszystko było na najwyższym poziomie! Nasz zespół spędził na kontrakcie kilka miesięcy. Mieliśmy w repertuarze tańce ludowe (cygańskie, rosyjskie, hiszpańskie) i numery z nowoczesną choreografią w stylu kabaretowym.
Nasz kolejny kontrakt był w Aleksandrii. W wolnym czasie chodziłam oglądać występy „bellydancerki” z Maroka, występującej z wtedy jeszcze początkującym piosenkarzem Mustafą Omarem. Bardzo mnie zachwycił belly dance w jej wykonaniu i kupiłam od niej dwa profesjonalne kostiumy za zawrotną, jak na tamte czasy, sumę. Zaczęłam samodzielnie ćwiczyć i po powrocie do Moskwy najęłam się do restauracji „Al Sham”. Cała ta historia przypominała trochę anegdotę o studencie, który w ciągu jednej nocy nauczył się chińskiego. Taniec arabski tylko na pierwszy rzut oka jest nietrudny – w rzeczywistości zgłębiać jego subtelności i niuanse można przez całe życie.
Tak zaczęła się moja kariera tancerki belly dance. Tańczyłam w moskiewskich restauracjach „Al Sham”, „Ashar”, „1000 i 1 noc”. Przez pewien czas tańczyłam też z zespołem, nie tylko solowe tańce arabskie, ale i ludowe. A potem nasz zespół został zaproszony do hotelu „Shepard” w Kairze, i stamtąd wyjechałam już na swój pierwszy profesjonalny kontrakt – tańczyć belly dance w Emiratach Arabskich, w hotelu „Al-a-Inn Hilton”.
Wiele tancerek woli wspominać w wywiadach tylko o pięciogwiazdkowych hotelach, tak jakby praca w innych była jakimś piętnem na karierze...
Mogę powiedzieć o sobie. Dużo pracowałam w pięciogwiazdkowych klubach przyhotelowych, ale zdarzało mi się pracować i w zwykłych klubach. Nie miejsce świadczy o człowieku. Żaden pięciogwiazdkowy klub nie da takiego doświadczenia, jak arabska restauracja czy klub, gdzie przychodzą prości ludzie. Praca w trzygwiazdkowym klubie (tzn. w klubie niekoniecznie przy hotelu), jest dla tancerki bardzo pożyteczna. Tam można się nauczyć tego, co w Rosji nazywa się „arabizmem”. Publiczność jest tam, oczywiście, prostsza, ale i żywiej reaguje na każdy gest i ruch tancerki. Można tam zdobyć bezcenne doświadczenie i nawyki pracy z salą.
Jak się dalej ułożyła pani kariera tancerki?
Pracowałam w wielu restauracjach na Piramide street. Miałam własną orkiestrę i śpiewaka. Pokochałam Egipt (i nie tylko) całym sercem i zawsze po licznych kontraktach w Syrii, Libanie, Jordanii, Bahrajnie, Emiratach i Omanie wracałam do Kairu. Oprócz występów w klubach zapraszano mnie również jako modelkę na pokazy mody, brałam udział w fashion-show i jako tańcząca modelka. Występowałam w wielu reklamach, a także w klipach Hishama Abbasa, Mohammeda Fouada i Vardy.
Miałam bardzo dobrą orkiestrę. To była nie tylko grupa muzyków, ale i moi bracia. W Moskwie bardzo mi brakuje właśnie tego. Występ do orkiestry – to wyjątkowe doznanie. Razem z zespołem występowaliśmy na weselach w pięciogwiazdkowych hotelach - „Sheraton”, „Semiramis”, „Mena House”.
Naprawdę wszystko było takie łatwe i proste? Ani jednej łyżki dziegciu?
Minęło już kilka lat odkąd opuściłam Egipt i przeprowadziłam się do Rosji, i o wszystkich nieprzyjemnościach zapomniałam. Ale jeden wypadek dobrze pamiętam. Dosłownie prosto ze sceny zabrała mnie policja i spędziłam 4 godziny w egipskim więzieniu. Chodziło o mój strój, chociaż była to sukienka, kupiona od Kati Eshty, w której ona wiele razy występowała w Kairze. Mimo że sama zaszyłam wiele rozcięć na sukience, przyczepili się do tego, że zgodnie z przepisami rozcięcie nie powinno sięgać powyżej kolana (w mojej sukience sięgało dosłownie kilka centymetrów wyżej). Nie wykluczam, że w ten sposób próbowano się mnie pozbyć, bo byłam silną konkurencją. Ale wszystko skończyło się dobrze, moje dokumenty na pracę były w zupełnym porządku, mój menadżer mnie uwolnił, tylko sukienki było mi szkoda. Już mi jej nie oddali – spalili ją.
A zdarzały się śmieszne sytuacje?
Pewnego razu podczas występu słyszę, że ktoś z sali krzyczy moje imię - „Liina, Liina!” (to był mój pseudonim sceniczny). Człowiek wymachiwał rękami i wołał mnie. Kiedy do niego podeszłam, uradowany rzucił się do mnie ze słowami: „Lina, to przecież ja! Ja! Kucharz z Al Shamu!” Był po prostu niewypowiedzianie szczęśliwy, że spotkał mnie w Kairze.
Pamiętam jeszcze jedną zabawną sytuację. Pewnego razu tańczę w nocnym klubie, a klientów prawie nie ma. To znaczy są, ale jeden już dosłownie roztopił się jak świeczka od gorąca i alkoholu, a przed drugim na stoliku stoi tylko woda mineralna, i sądząc po nieciekawych dżinsach - nie jest bogaty. Zgodnie z zasadami powinnam pracować, póki nie przyjdzie następny artysta i mnie nie zmieni, ale jakoś się spóźniał, więc tańczyłam już dwie godziny zamiast 45 minut. Byłam śmiertelnie zmęczona... „Sawah” grali już ze 30 minut, więc dałam znak orkiestrze, żeby przeszła do finałowego punktu... orkiestra umilkła... I nagle posypał się na mnie deszcz grubych banknotów – ponad trzy tysiące funtów... Mówię orkiestrze: „Yalla ya gama” (dalej, chłopaki) i od refrenu dalej zaczynamy „Sawah”... Okazało się, że klient specjalnie czekał na koniec programu, żeby podziękować, a my znowu „Sawah”...
Co było przyczyną powrotu do Rosji? Przecież niektóre pani koleżanki mieszkają i pracują za granicą.
Tak wyszło, że w 2002 roku, po kolejnym kontrakcie, miałam w ręku sporą sumę pieniędzy i pomyślałam, że nadszedł czas postarać się o własny dom dla moich dzieci. Bardzo kocham Egipt, ale nie widziałam w tym kraju przyszłości dla swoich dzieci. Chciałam, żeby chodziły do rosyjskiej szkoły, żeby miały kontakt z babcią i krewnymi. Nie powiem, że ta decyzja była łatwa, ale cieszę się, że wróciłam do Rosji. Trudno było się przyzwyczaić do nowego życia. Na początku byłam bezużyteczna – mój egipski styl był zbyt specyficzny. Chciałabym podziękować Marii Samochodkinej i Samirze, które w tamtym momencie mnie odnalazły i pomogły mi się zaadaptować w nowej sytuacji. Życie weszło na właściwe tory, znalazłam nowych przyjaciół i pokrewne dusze. Natalia Kuzmina zdopingowała mnie do stworzenia Ligi Profesjonalistów Tańca Orientalnego, „urodziłam” z pomocą przyjaciół „Czarodziejską Lampę” (show-projekt prezentacyjny Ligi – przyp. tłum.)... W planach Ligi jest przeprowadzanie rankingowych konkursów w całej Rosji. Rosyjski belly dance jest teraz na szczycie: zwycięstwo Iriny Popowej w Berlinie, na festiwalu tańca orientalnego, zwycięstwo Soni Sarkisjan na festiwalu Amani w Libanie, zaproszenie mnie i Aidy Hassan przez Raqię Hassan na swój festiwal jako pedagogów – to jest potwierdzenie wysokiego poziomu rozwoju belly dance w Rosji... A jeszcze dużo przed nami!!!
2006
Tłumaczenie: Miranda
Tekst oryginału:http://bellydance-liga.ru/articles/16-nastoyashhaya-lyubov-eleny-ramazanovoj.html
http://s.foto.radikal.ru/0706/72/95c15279b2d9.jpg