Admin
11-02-2008, 00:02
TANIEC MOTYLA
Autor: Anielskaharmonia
Brama, jakich wiele w rzędzie dziewiętnastowiecznych kamienic wpisanych w krajobraz staromiejskiej części Lublina. Mrok zacisznego podwórza rozprasza jedynie nikłe światło sączące się z głębi piwnicznego okna. Poprzez ażur arabesek ozdobnej kraty zaprasza swym ciepłym blaskiem do naciśnięcia guzika domofonu z napisem MAGIEL. Po chwili drzwi klatki schodowej otwierają się. Strome schody wiodą w dół gdzie dzwoneczek zawieszony u pułapu oznajmia nadejście kolejnego gościa.
Dlaczego przychodzą tutaj zziębnięte, niczym niewyróżniające się z tłumu przechodniów przemierzających tę ulicę? Z pozoru przeciętne, w swych zwykłych kurtkach, kusych płaszczykach, zimowych czapach, wełnianych szalach zbiegają się ze wszystkich stron jak ćmy ku światłu. Jak to się dzieje, że po przekroczeniu wrót seraju zwanego dla niepoznaki maglem te wtopione w mglistą szarość ulicy sylwetki staja się zwiewnymi, pełnymi lekkości i gracji wielokolorowymi motylami?
Wyobraź sobie, odpowiada jedna ze świeżo przybyłych adeptek tańca arabskiego, że otwierasz szkatułę skrywającą kosztowności pochodzące z dalekich, egzotycznych krain. Z niej wyłania się bogactwo barw, migotliwych refleksów, nieznanych a urzekających jak ogrody nad Nilem, nasyconych zmysłowością zapachów. Światło odbite od oprawnych w złoto drogocennych kamieni rozjaśnia twoją twarz. Ciepłe światło świec oświetla dziedziniec. Wokół roztacza się woń kadzidła i kwiatów tamaryszku. Ledwo słyszalny szelest jedwabnych szarawarów i zwiewnych spódnic wtóruje szmerowi różanej wody spływającej z marmurowej fontanny. Cicho pobrzękujące bransolety i zausznice, subtelny odgłos dzwoneczków i monet u bogato zdobionych szat stanowią tło dla dobiegającego z oddali rytmu bębnów pustynnych nomadów.
Całe upalne przedpołudnie kobiety czesały swoje długie, lśniące włosy, nacierały swe ciała wonnymi olejkami, starannie dobierały stroje. Dzisiejszego wieczoru żaden mężczyzna nie zakłóci ceremonii wspólnego tańca. W ten to właśnie uświęcony tradycją czas z kokonu codzienności wyłania się motyl. To chwila narodzin kwintesencji kobiecości, gdy zawieszonymi pomiędzy opoką a zorzą skrzydłami targają cztery najpotężniejsze żywioły studząc powiewem niewinności rozniecony ponad oceanem namiętności pożar zmysłów ciasno spleciony tkanką rytmu z pulsem pramatki ziemi. Gdy oddajesz się tańcowi brzucha ożywa teatr wyobraźni. Stajesz się unoszonym słonecznym wiatrem motylem orientu.
Jest tyle miejsc gdzie można posiąść wiedzę i umiejętności w tej dziedzinie. Dlaczego akurat Akademia Ruchu „Magiel”, indaguję?
Rzecz nie polega jedynie na maglowaniu ciała. To filozofia życia i strawa dla ducha. Gdy zawitałam tu po raz pierwszy z mety poczułam się jak rozbitek, który po długiej tułaczce ujrzał brzeg. A przecież miejsce to ludzie, którzy je tworzą. I tak na dnie mórz odnalazłam jeden z zagubionych skarbów Ali-baby, Inci -. Perłę w koronie pachnącej orientem lubelskiej piwnicy. Przekraczam jej próg i natychmiast znajduję się „po drugiej stronie lustra”. Jak trafnie ujął to Lou Reed w lirycznym „Perfect Day” (…) „You made me forget myself; I thought I was someone else, someone good” Tak, motyli taniec tutaj sprawia, że zapominam o sobie i całym świecie stając się kimś
innym niż zwykle, kimś lepszym. Lublinianin, krytyk filmowy, popularyzator historii kina Zygmunt Kałużyński zwykł mawiać, iż w jakiekolwiek miejsce nie zagnał go los, gdy czuł się obco, gdy było mu źle szedł do kina bo, tam znajdował się wśród sobie podobnych pasjonatów tym samym stając się obywatelem tej jedynej w swoim rodzaju wspólnoty dusz.
Ja chodzę do MAGLA.
Napisała, co wiedziała, wywiad ze sobą uprzednio przeprowadziwszy
Autor: Anielskaharmonia
Autor: Anielskaharmonia
Brama, jakich wiele w rzędzie dziewiętnastowiecznych kamienic wpisanych w krajobraz staromiejskiej części Lublina. Mrok zacisznego podwórza rozprasza jedynie nikłe światło sączące się z głębi piwnicznego okna. Poprzez ażur arabesek ozdobnej kraty zaprasza swym ciepłym blaskiem do naciśnięcia guzika domofonu z napisem MAGIEL. Po chwili drzwi klatki schodowej otwierają się. Strome schody wiodą w dół gdzie dzwoneczek zawieszony u pułapu oznajmia nadejście kolejnego gościa.
Dlaczego przychodzą tutaj zziębnięte, niczym niewyróżniające się z tłumu przechodniów przemierzających tę ulicę? Z pozoru przeciętne, w swych zwykłych kurtkach, kusych płaszczykach, zimowych czapach, wełnianych szalach zbiegają się ze wszystkich stron jak ćmy ku światłu. Jak to się dzieje, że po przekroczeniu wrót seraju zwanego dla niepoznaki maglem te wtopione w mglistą szarość ulicy sylwetki staja się zwiewnymi, pełnymi lekkości i gracji wielokolorowymi motylami?
Wyobraź sobie, odpowiada jedna ze świeżo przybyłych adeptek tańca arabskiego, że otwierasz szkatułę skrywającą kosztowności pochodzące z dalekich, egzotycznych krain. Z niej wyłania się bogactwo barw, migotliwych refleksów, nieznanych a urzekających jak ogrody nad Nilem, nasyconych zmysłowością zapachów. Światło odbite od oprawnych w złoto drogocennych kamieni rozjaśnia twoją twarz. Ciepłe światło świec oświetla dziedziniec. Wokół roztacza się woń kadzidła i kwiatów tamaryszku. Ledwo słyszalny szelest jedwabnych szarawarów i zwiewnych spódnic wtóruje szmerowi różanej wody spływającej z marmurowej fontanny. Cicho pobrzękujące bransolety i zausznice, subtelny odgłos dzwoneczków i monet u bogato zdobionych szat stanowią tło dla dobiegającego z oddali rytmu bębnów pustynnych nomadów.
Całe upalne przedpołudnie kobiety czesały swoje długie, lśniące włosy, nacierały swe ciała wonnymi olejkami, starannie dobierały stroje. Dzisiejszego wieczoru żaden mężczyzna nie zakłóci ceremonii wspólnego tańca. W ten to właśnie uświęcony tradycją czas z kokonu codzienności wyłania się motyl. To chwila narodzin kwintesencji kobiecości, gdy zawieszonymi pomiędzy opoką a zorzą skrzydłami targają cztery najpotężniejsze żywioły studząc powiewem niewinności rozniecony ponad oceanem namiętności pożar zmysłów ciasno spleciony tkanką rytmu z pulsem pramatki ziemi. Gdy oddajesz się tańcowi brzucha ożywa teatr wyobraźni. Stajesz się unoszonym słonecznym wiatrem motylem orientu.
Jest tyle miejsc gdzie można posiąść wiedzę i umiejętności w tej dziedzinie. Dlaczego akurat Akademia Ruchu „Magiel”, indaguję?
Rzecz nie polega jedynie na maglowaniu ciała. To filozofia życia i strawa dla ducha. Gdy zawitałam tu po raz pierwszy z mety poczułam się jak rozbitek, który po długiej tułaczce ujrzał brzeg. A przecież miejsce to ludzie, którzy je tworzą. I tak na dnie mórz odnalazłam jeden z zagubionych skarbów Ali-baby, Inci -. Perłę w koronie pachnącej orientem lubelskiej piwnicy. Przekraczam jej próg i natychmiast znajduję się „po drugiej stronie lustra”. Jak trafnie ujął to Lou Reed w lirycznym „Perfect Day” (…) „You made me forget myself; I thought I was someone else, someone good” Tak, motyli taniec tutaj sprawia, że zapominam o sobie i całym świecie stając się kimś
innym niż zwykle, kimś lepszym. Lublinianin, krytyk filmowy, popularyzator historii kina Zygmunt Kałużyński zwykł mawiać, iż w jakiekolwiek miejsce nie zagnał go los, gdy czuł się obco, gdy było mu źle szedł do kina bo, tam znajdował się wśród sobie podobnych pasjonatów tym samym stając się obywatelem tej jedynej w swoim rodzaju wspólnoty dusz.
Ja chodzę do MAGLA.
Napisała, co wiedziała, wywiad ze sobą uprzednio przeprowadziwszy
Autor: Anielskaharmonia